W późne niedzielne popołudnie z uzbrojonym w pierścienie pośrednie aparatem myszkowałem w ogrodzie teściów w poszukiwaniu nowych fotograficznych tematów. Pomimo letniej, słonecznej pogody, w gąszczu krzewów i kwiatowych rabat owadów i innych mogących wzbudzić moje zainteresowanie stworzeń było jak na lekarstwo.Samotną, mocno już doświadczoną przez życie ważkę spostrzegłem w chwili, gdy zniechęcony bezowocnymi łowami zamierzałem z powrotem spakować sprzęt do torby.

Ważka usadowiła się na krawędzi wbitego w ziemię palika. Przebierała nóżkami, poprawiała zdezelowane skrzydełka, co jakiś czas podrywała się do lotu, aby jednak po chwili powrócić w to samo miejsce. Wdzięczny i stosunkowo łatwy do fotografowania obiekt. Zrobiłem jej kilkanaście, w większości udanych zdjęć. Ważka odlatywała, wracała zmieniając za każdym razem po wylądowaniu pozycję tak, jakby z rozmysłem starała się przybierać nowe pozy do kolejnych zdjęć. Chwilami miałem nawet wrażenie, że się do mnie uśmiecha. Za którymś jednak razem już nie wróciła. Pozostało po niej kilka zdjęć i skojarzenie z niedawnym plenerem młodej pary. Podczas tej ślubnej sesji też było lądowisko, odloty i przyloty.  Ale o tym niecodziennym plenerze opowiem przy innej okazji.

 

Etykiety (tagi) :