Mój wczorajszy plan dnia zakładał ponad godzinne „okienko” pomiędzy odstawieniem Marka do klubu Polonii Warszawa, skąd wyjeżdżał na sportowy obóz, a spotkaniem z Klientem. Przerwa zbyt krótka na zahaczenie o dom, zbyt długa, aby bezproduktywnie spędzić ją gdzieś czekając przy filiżance kawy, za to w sam raz na poszwendanie się trochę po mieście. Wybór padł na staromiejskie uliczki, byłem w pobliżu, a od miejsca spotkania dzieliło mnie stąd zaledwie kilka minut jazdy samochodem.

Padało od rana, chwilami mocno. Lubię letnie, deszczowe dni na Starym Mieście, gdy po opustoszałych ulicach przemykają, chroniąc się pod parasolami, tylko nieliczni przechodnie. Na nowo, po raz setny, a może dwusetny odkrywam Świętojańską, Piwną, Kanonią… Miękkie światło doskonale rysuje architektoniczne detale, oddaje barwy witryn i elewacji staromiejskich kamienic. Jedynie Rynek nie zachęca do pozostawania na nim zbyt długo. Jeszcze w sobotę pobrzmiewały tu w ramach Festiwalu Jazz na Starówce rytmy Bester Quartet, a teraz w miejscu, gdzie stała scena trwają zaawansowane prace nad wymianą nawierzchni, znaczna część placu jest ogrodzona, a z ponad parkanu widać jedynie fragment osaczonej ramionami koparek Syrenki. Przed parkanem, wtulona w winkiel bramy stoi sprzedawczyni ludowo przyodzianych lalek eksponując swój towar na parapecie okna opodal i wypatrując smętnym wzrokiem spłoszonych deszczem turystów.

O 11:15. w oknie wieży Zamku Królewskiego pojawił się hejnalista z trąbką. Po odegraniu warszawskiego hejnału trębacza nagrodziła oklaskami grupka turystów zgromadzonych u podnóża Zamku, a ja w tym czasie zawróciłem w kierunku ul. Kanoniej.

Na Starówce otwierały się pierwsze bary i restauracje. Z uchylonych okien i drzwi wydobywały się zapachy, które u mnie przywołują zawsze wspomnienia z dzieciństwa. Urodziłem się i pierwsze lata życia spędziłem w Gliwicach. Mieszkaliśmy w centrum miasta przy ul. Zwycięstwa w obszernym mieszkaniu na pierwszym pietrze zabytkowej kamienicy z przełomu XIX i XX wieku. Pod nami, na parterze znajdowała się w tamtych czasach studencka stołówka. I właśnie kuchenne zapachy z tej stołówki w połączeniu ze specyficzną wonią starej kamienicy utrwaliły się na zawsze w mojej węchowej pamięci. Zapach parujących w kotle ziemniaków, zasmażanej kapusty, buraczków, marchewki z groszkiem i smażonych kotletów w połączeniu z wonią moczu w bramie, smrodkiem śmietnika w podwórzu i lekką stęchlizną murów wywołuje u mnie więcej nostalgicznych wspomnień niż oglądanie starych, rodzinnych fotografii. W Warszawie tak „pachnących” miejsc jest coraz mniej. Aby zapach miał swoją retrospektywną moc muszą być spełnione jednak określone warunki. Zapach z kuchni McDonald’s w starej kamienicy na Pradze czy woń tradycyjnej polskiej kuchni w restauracji w nowym bloku na Kabatach, to już nie ten sam zapach, którego kod moja podświadomość zarejestrowała ponad pół wieku temu.

Nieraz zastanawiam się jak to możliwe, aby połączenie w większości mało przyjemnych zapachów wywoływało tak pozytywne doznania. Odpowiedź nasuwa się jedna. Miałem szczęśliwe dzieciństwo i wszystko z co mi je przypomina pozytywnie na mnie oddziałuje. Podobne powroty do dzieciństwa zdarzają mi się gdy spaceruję z Bostonem wzdłuż „Smródki” w Dolinie Służewieckiej. Podobna zapachowo, choć większa smródka, rzeka Kłodnica przecinała w poprzek ul. Zwycięstwa opodal naszej kamienicy, a jej smrodliwy zapach roztaczał się na całą okolicę.

Podejrzewam, że zdecydowana większość z nas ma w swojej pamięci takie zapachowe lapidaria z dzieciństwa. Zapraszam do ujawnienia tutaj swoich aromatycznych wspomnień.

 

 

Etykiety (tagi) :